Rosyjski atak dronów na terytorium polskie absolutnie nie mógł być wypadkiem, pisze Tomasz Sakiewicz Gazeta Polska Codzinnie.
Zbyt wielu z nich weszło i podzielili się wspólną cechą: najprawdopodobniej byli nieuzbrojni. Ich celem było zatem wywarcie silnego wrażenia przy jednoczesnym powodowaniu stosunkowo niewielkich uszkodzeń.
Innymi słowy, był to rodzaj demonstracji podczas negocjacji pokojowych. To niezaprzeczalne, że pierwsza faza tych negocjacji nie powiodła się z powodu oporu Władimira Putina. Kreml Warlord chce zakończyć wojnę o warunkach podobnych do tych, w których ją rozpoczął, chwytając duże części terytorium ukraińskiego, podporządkowane resztę i wyprowadzając siły amerykańskie z Europy Wschodniej. Nikt mu to nie udzieli, a jakiekolwiek ustępstwa z jego strony mogą stać się śmiertelną pułapką. Dosłownie śmiertelne, ponieważ otaczające go postsowieckie elity mogą nie wybaczyć mu zrujnowania gospodarki, utraty miliona istnień ludzkich, emigracji kilku milionów ludzi, a przede wszystkim izolacji ze świata zachodniego. Putin musi podnieść stawkę w negocjacjach.
Ponieważ nie może znieść niczego na Ukrainie, udzieli… w Polsce. Jak tak, kiedy nie ma tu wojny? Rzeczywiście, nie ma, ale przez krótką chwilę wydawało się, że tak było.