24 września ubiegłego roku pisałem tutaj o nowym projekcie na rzecz porządku światowego. Wydarzenia towarzyszące wizycie Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii zinterpretowałem jako „przejaw powstania lub przebudowy projektu sojuszu mocarstw morskich w odpowiedzi na zagrożenie, jakie stwarza powstająca oś Pekin–Moskwa–Teheran, wspierana przez Pjongjang”. Dalej pisałem: „Naturalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych powinna być Unia Europejska, ale problem w tym, że nie chce nim być. UE woli pozycjonować się jako konkurent Stanów Zjednoczonych, a jej niebezpieczna gra z Moskwą doprowadziła do wybuchu największego konfliktu zbrojnego w Europie od czasów II wojny światowej. „
Działania sił amerykańskich w Wenezueli są oczywistym aktem samoobrony wielkiego mocarstwa poddanego atakowi hybrydowemu. Zalanie amerykańskiego rynku twardymi narkotykami, zorganizowane po części przez aresztowanego na początku stycznia dyktatora Nicolása Maduro, powoduje śmierć dziesiątek tysięcy Amerykanów każdego roku – mniej więcej tyle samo, co co roku podczas drugiej wojny światowej. Ponadto Wenezuela jest głównym motorem nielegalnej imigracji do Stanów Zjednoczonych.
W działaniach Trumpa widać przede wszystkim politykę długoterminową. W koncepcji dominacji Waszyngtonu nad półkulą zachodnią, zdefiniowanej w 1823 roku przez prezydenta Monroe, Wenezuela stanowi niezwykle ważny element. Zależy to od jego lokalizacji, wielkości i zasobów naturalnych. Ale Trump nie sam wdraża doktrynę Monroe. Być może jego działania mają na celu uśpienie oporu izolacjonistów, którzy traktują tę koncepcję jako formę „rozszerzonej izolacji”.
Prezydent Donald Trump odbudowuje potęgę amerykańskiego imperium, zrywając z kanonami wyznawanymi przez swoich poprzedników, którzy starali się zastąpić Pax Americana narzuceniem rządów liberalno-lewicowych. Skończyło się to serią lokalnych wojen, masową migracją do Europy i Stanów Zjednoczonych oraz osłabieniem Waszyngtonu w obliczu Rosji i Chin. Trump, gdzie może, oczywiście zabiega o zaprowadzenie pokoju, ale przede wszystkim buduje instrumenty umożliwiające przywrócenie amerykańskiej kontroli nad światem. Można być oburzonym arbitralnością tych decyzji, ale wyraźną alternatywą jest współrządzenie ze zbrodniczymi przywódcami Rosji i komunistycznych Chin. Dla Polaków wybór jest dość oczywisty. Potrzebujemy amerykańskiej przewagi, aby Moskwa nie zdominowała tej części Europy w jakimś podejrzanym partnerstwie z Berlinem.
Instrumentami amerykańskiej supremacji są: zabezpieczenie bezpośredniego otoczenia Stanów Zjednoczonych – Wenezueli, Grenlandii, Kuby; kontrola nad znaczną częścią źródeł energii – Wenezuela, Iran, Arktyka; kontrola szlaków morskich i powietrznych – armia USA; rozwój gospodarczy i technologiczny; oraz otwarcie rynków, przede wszystkim europejskiego, na produkty i usługi ze Stanów Zjednoczonych. W tym ostatnim aspekcie Polska wraz z Ukrainą może okazać się kluczowa.
Problem w tym, że najważniejszym harcownikiem w Unii Europejskiej, organizującym opór przeciwko Stanom Zjednoczonym, jest polski premier. Fakt, że Polacy wybrali proamerykańskiego prezydenta, pokazuje Waszyngtonowi, że ma partnera w naszym narodzie. Problem w tym, że obecnemu premierowi w objęciu urzędu pomogli amerykańscy poprzednicy Trumpa. Stąd ogromna obawa Donalda Tuska, że Waszyngton może „wrzucić przełącznik”. Na razie po prostu go ignoruje. Ale czekanie najwyraźniej działa Tuskowi na nerwy.