To jest czas, kiedy świat chrześcijański kieruje swoje myśli ku tym pojedynczym, wyjątkowym narodzinom w Betlejem. To także dobry moment, aby zastanowić się, jak rzadkie stają się codzienne porody – narodziny nowych Polaków. Katastrofa demograficzna nie nadchodzi – ona już nadeszła. Niektórzy jako przyczynę wskażą politykę nowego rządu, inni powrócą do kwestii wielkiego strachu wywołanego pandemią, do niepokojów, jakie niesie ze sobą życie w cieniu wojny tuż za naszą granicą. Jeszcze inni przypomną przemiany społeczne, które dotknęły najpierw najbogatsze kraje Zachodu, a potem także Polską. Każdy będzie miał rację, ponieważ mamy do czynienia ze splotem wielu czynników. Czy jednak można ten proces odwrócić?
Wierzę, że tak, choć jestem przekonany, że do różnych – zwykle całkiem trafnych – argumentów wskazujących na potrzebę prowadzenia aktywnej polityki prorodzinnej, należy dodać jeszcze jeden, moim zdaniem kluczowy element. Jaki? Więcej o tym w dalszej części tekstu. Najpierw jednak przypomnijmy sobie, jak znaleźliśmy się w tym kryzysie.
Przyczyny katastrofy demograficznej
Nie jest prawdą, że groźba kłopotów demograficznych jest skutkiem zjawisk, które wystąpiły dopiero w ub III RP (III RP). Naukowcy z Polska Akademia Nauk (PAN) ostrzegali przed wyludnieniem Polski już na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Prawdą jest jednak, że po 1989 r. niepokojące procesy nasiliły się. Zwykle wskazuje się trzy elementy. Pierwsza to masowa emigracja po otwarciu granic, druga to trudności ekonomiczne wynikające z rosnących dysproporcji dochodowych wywołanych transformacją gospodarczą (nie zapominajmy o wysokim bezrobociu i rozległych obszarach biedy na prowincji). Trzecią stanowią zmiany społeczno-kulturowe na wzór tych, jakie miały miejsce wcześniej w krajach rozwiniętych: zmienił się model rodziny, wzrosła akceptacja związków bezdzietnych, opóźnił się wiek wkraczania młodych ludzi w dorosłość. Jednocześnie Polska miała i ma problemy specyficznie… polskie – trzy i pół dekady po transformacji posiadanie własnego mieszkania (zwłaszcza w dużym mieście) pozostaje dobrem luksusowym.
Nie piszę tego tekstu, aby szczegółowo analizować wszystkie aspekty polskiego kryzysu demograficznego, ale aby zasugerować jeszcze jedną kwestię do rozważenia. Nie da się tego ująć w tablicach statystycznych, choć moim zdaniem jest to niezwykle istotne. Łączy niewidzialną nicią wszystkie koncepcje wyjścia z tego kryzysu. A jakie to są środki? Przypomnijmy: partia Prawo i Sprawiedliwość (Prawo i Sprawiedliwość (PiS)) skupiła się na pomocy finansowej (program 500+, później 800+), postulowała zwiększenie liczby przystępnych cenowo mieszkań (ta część programu nie sprawdziła się szczególnie dobrze) oraz zadbała o zwiększenie dostępu do żłobków i przedszkoli. Nie ma sensu komentować dokonań obecnego rządu – jak dotąd jego największym osiągnięciem w polityce demograficznej było zamknięcie oddziałów położniczych. Okazało się jednak, że programy 500+ i inne programy „plus” okazały się skuteczniejsze w zmniejszaniu nierówności społecznych.
Brutalna prawda jest taka, że nie wygląda na to, że Polki w najbliższej przyszłości zaczną masowo rodzić dzieci. Istnieją jednak uzasadnione obawy, że negatywne tendencje demograficzne będą się nasilać. Słyszymy więc: Trzeba zachęcać Polaków do powrotu z emigracji. Słyszymy też: starzejące się społeczeństwo potrzebuje rąk do pracy, więc ratujmy się imigrantami. Nie chodzi tu oczywiście o tych migrantów, których Władimir Putin wraz z Alaksandrem Łukaszenką próbują nielegalnie przepchnąć przez polską granicę, ale o imigrację zarobkową objętą odpowiednimi przepisami. Zmiana ta już następuje, w dużej mierze na skutek agresji Rosji na Ukrainę i fali emigracji z samej Ukrainy. Czy jednak Polska ma jakąś spójną politykę imigracyjną? Nie, ponieważ polityka imigracyjna stała się zakładnikiem codziennej polityki. Czy należy go pilnie utworzyć? Oczywiście. Nie można jednak o tym poważnie myśleć bez kluczowego elementu, który do tej pory był pomijany w różnych rozważaniach na temat demografii.
Po co nam Polska?
Oto ona: zanim zaczniemy się zastanawiać, po co Polska jest potrzebna tym, którzy do niej przyjeżdżają i kto może ją wybrać, zastanówmy się, do czego jest ona potrzebna nam, Polakom. Z tego punktu widzenia zobaczymy, że kryzys demograficzny został wbudowany w fundamenty gospodarki III RP (III RP) jak ładunek wybuchowy i od samego początku jego istnienia rozpoczęło się długie odliczanie do wybuchu.
Po 1989 roku Polacy nie zadawali sobie zasadniczego pytania: po co Polska istnieje i jaka w związku z tym powinna być? Historia Polski kontynuowana inercją; transformacja nie była nowym początkiem, ale dokładnie tym, co oznacza to słowo: toksycznym surowcem, który był Polska Rzeczpospolita Ludowa (PRL) wykorzystano do budowy nowego obiektu. Budynek może wyglądać na nowy, ale toksyny pozostały. To nie przypadek, że rocznica 11 listopada 1918 r. budzi tak wielki spontaniczny entuzjazm, podczas gdy rocznica 4 czerwca 1989 r. tak mało. Tymczasem trzeźwe spojrzenie na naszą historię i na geopolitykę, nawet w czasach chwilowego „końca historii” (lub, jak inni wolą, „strategicznej pauzy”), zmusiłoby Polaków do powrotu do prawd podstawowych. Jeśli chcą istnieć jako naród, jeśli chcą mieć przyszłość, Polska nie tylko musi istnieć, ale musi być silna. Albo będzie to potęga (na swoją skalę), albo w ogóle jej nie będzie. Trzeciej drogi nie ma: nie jest to pomysł rozpuszczenia się w jakąś niejasną tożsamość europejską, nie jest to także koncepcja niemieckiego protektoratu czy państwa stowarzyszonego z Rosją. Dochodzimy tu do paradoksu, którego nie rozumieją ci, którzy walczą z ideą wielkiej i silnej Polski jako wykluczającej i nacjonalistycznej. Mianowicie właśnie wtedy, gdy Rzeczpospolita jest silna, staje się wielką atrakcją nie tylko dla tych, którzy chcą zawrzeć z nią sojusze, ale także dla tych, którzy chcą być jej obywatelami. Nawet obciążony licznymi grzechami, II Rzeczpospolita Polska (II RP) emanował światłem na tyle mocnym, że Marian Hemar, Żyd lwowski, tak o sobie mówił „ochotniczy Polak”nie przez pobór, ale z wyboru. Ta niezwykła siła polskości sprawiła, że syn saskiej hrabiny spod Berlina, Joseph von Unruh, stał się w dorosłym życiu wielkim bohaterem walki o niepodległość Polski jako Józef Unrug, a skapitulując przed nazistami zażądał, aby rozmawiali z nim po polsku, deklarując: „Jestem polskim oficerem i wyrzuciłem z pamięci język niemiecki”.
Ochotniczymi Polakami
Polacy będą chcieli mieć dzieci, gdy zobaczą przed sobą bezpieczną przyszłość. Polacy mieszkający za granicą będą chcieli wrócić, gdy będą mieli gwarancję leczenia nie gorszego, ale lepszego niż za granicą. A nie-Polacy będą chcieli zostać obywatelami nowej Rzeczypospolitej, gdy będzie ona promieniować siłą gospodarczą, militarną i kulturową. Będą chcieli być Polakami-ochotnikami, gdy zagwarantujemy im wolności, równość wobec sprawiedliwego prawa i nadzieję na lepszą przyszłość. A to oznacza, że najpierw sama Polska musi stać się krajem, w którym panują wolności, istnieje sprawiedliwe prawo i jest nadzieja na lepszą przyszłość dla każdego, kto akceptując zasady ustalone przez gospodarza, chce wspólnie z nim taką przyszłość budować. Zamiast kłócić się o to, kto otworzył więcej żłobków, zastanówmy się, kto chce budować jaką przyszłość i jaką Polskę. Tam znajdziemy klucz do demografii.
Piotra Gocieka – pisarz, publicysta, krytyk, związany z tygodnikiem Zrób Rzeczy i portalu Literacki.com.pl; gospodarz kanału YouTube Piotr Gociek Zaprasza. Jego nowa książka Milczenie Łazarza właśnie została opublikowana.